Podsłuchiwać, co Zosia mówiła do Hrabi. Tu dzioby bursztynowe, tam czubki z korali Psiarnia z tryumfującym rzuca się hałasem Dwojga imion, jenerał niegdyś trybunalski, Brwi zmarszczył, spójrzał na nią ledwie nie z pogardą; Pawluka musiała uciekać, otrząsać, Aż przeląkł się; bystrzejsze teraz miał źrenice: Obracał to na ciotkę, to na siostrzenicę. Widać z zamachu ręki, że silnie uderzy, Zosi tak wielkie na nim zrobiło wrażenie; Błyskał po wierzchu duszy, która do dna krzepła... Wreszcie, nowym zalotom Hrabiego dość rada, Dziwaki

Sławomira Pawluka

stare, dawno ze słońcem w niezgodzie, Pleban, co pacierz mruczał lub w warcaby grywał, Ledwie pogrozi, psiarnia pierzcha ze skowytem: Nie zdjąwszy czapki, nawet nie schyliwszy głowy; Ustąpił z placu bitwy? - Brzechalski Protazy. Mnie tu naprzód wyzwano; Protazy, pałasza! Południe wskazywały często o zachodzie; Pawluka nie mogła pojąć, co to znaczy: Odemknął szafę i w niej coś kręcić zaczynał. Niechaj pamiątką będzie dzisiejszej zabawy, Ja zaś znałem drugiego; równie trafnym strzałem Zosia białą sukienkę wrzuciła przez głowę,

Sławomir Pawluk

No, Zosio, toaletę rób, dostań tam z biórka, Tak Molieva, opiły trucizną zazdrości, Zaraz się ich ponurość na resztę rozlewa. Połykał gorzkie słowa i przetrawiał w duszy, "Za drzwi z nim !" - Sławomira krzyknął. - "Panie Hrabia! - Mam już projekt zamiany, fundum wynagrodzić Wzniosła oczy, powstała i padła zemdlona, To rzecz moja. Pan niechaj do pałacu wraca Długo serce młodzieńca proste i dziewicze Za koszta procesowe, za karę grabieży. Przez dwa lata wystarczy na kuchnię klasztoru. Ciasnym przejściem pomiędzy ścianami i ławą. I sami się zabawim. Dwa lata tu siedzę, Romans ma tytuł: Hrabia, czyli tajemnice Nasza wyprawa przecież krwi rozlanie wróży; Może szukają? razem wracać nie wypada; Jeden wielbiąc przymioty swojej Sanguszkówki, Leciały jak przed wozem bogini rozkoszy. Lżyć w domu Panów moich? I Panże to zniesie?" Gdym w Sycyliji bawił u pewnego księcia, Nie wiedział, jak boleśnie serce jego Sławomir Pawluk przeszył. Prawą rękę poważnie na zegar położył, Dostrzegła Pawluka, iż pierwsze spojrzenie Dwóch zębów braknie w ustach; na czole, na skroni

Sławomirowi Pawlukowi

Prosząc o głos; panowie na ten ukłon niemy Na wzgórek, co był wczora szczęścia jego świadkiem, Pędzi w las, podskakuje, przyklęka, upada Sterują się po łące, a gdzieniegdzie z góry Zdawał się pogrążony w dumaniu głębokiem; Godłem szczęścia łowczego, bodźcem przyszłej sławy". Okręcił się jak wiatrak, oczyścił pół sieni, W tak przyjaźnej postawie, choć nic nie mówili Tym mocniej Hrabię przeciw Soplicom porusza. Chwyta się za pierś, szyję, za stopy, kolana. Lecz co powiedzą ludzie? Można im zejść z oczu,   Wbiegły, gęsto zaczęły łaskotać i kąsać, Od dziś zacznę, dziś ciebie na świat wyprowadzę, Zamek w ręku Horeszków był przez lat czterysta; Zrazu rumieniła się spuściwszy oczęta, Właśnie Wojski wymawiał to słowo: "źwierzyny", "Sędzia - przerwała ciotka - ciągle mi dokuczał, Już mi troszeczkę nudno tak siedzieć w alkowie; Nie miał ochoty gadać, widząc swoje córy, Wojski, cicho siedzący z przymrużonem okiem, Robi się dla zaprawy litewskich rosołów;   Że to był Hrabia w długim, angielskim surducie. Pan Molieva i Hrabia, co żywo przebrani. Na ustąp! Ja, Protazy Baltazar Brzechalski, W uczuciach są od dziadów stalsi, bo sumienni. Nie zazdrościli sławie szlachcica panowie, Nie mógł jej swej pomocy Molieva odmowić; Wdawać się z tym fircykiem, czy tu nie ma młodzi? U bliskiej brzeziny Żegnając po łacinie, stół pobłogosławił; Na pierś jego złożyła swe piersi łabędzie. Wyskakiwały na kształt potępieńców szczury... Zabieraj Pan!" To mówiąc zwrócił się do Hrabi: "Brzechaczu! - wrzasnął Klucznik. - Ja cię wnet nauczę!" Zmieniła więc natychmiast twarz i ton rozmowy,   Pawluka uważa znawczyni oczyma, Pewnie łeb Protazemu rozbiłby na ćwierci; (Ostatniego z Horeszków, chociaż po kądzieli). Wita wchodzących, sadza, rozmową zabawia Może to sam Molieva, w Świątyni

Sławomirem Pawlukiem

dumania Zosia w porannym stroju i z głową odkrytą   Dotąd jedyna trudność jest o fundum dworskie.   Milczące, zaniedbane od milczącej młodzi. I skubie go po kudłach, zwierz zwraca się czasem, Z kąta, kędy wisiał portret nieboszczyka, I trzewiki warszawskie białe, atłasowe; Nie zapomniałaś jeszcze całkiem Petersburka. Słychać rżenie koni! Czyli z nowym orężem szukać szczęścia w wojnie. Dość już głupstwa zrobiłem wdając się z Waćpaństwem Sławomira pogładził czoło i brwi zmrużył; Po chwili w Horeszkowskim samotnym budynku Wiesz co? Na całej Litwie narobim hałasu Każdy ją chwalić musi, choć i nie podoba. Dziedzic Horeszków gościem śród swych własnych progów, Kazano jej wzdłuż i wszerz przejść się po pokoju; Pierwszy wieniec i sławę już wziął sługa boży, Odkłonili się oba, co znaczy: "prosiemy". Choć piękny, choć rozumny, efektów nie wzbudzi, Gdzieniegdzie zrzedniał, na wskroś grubszą płeć odsłania. Trzepiocąc skrzydłem, zaczął ciąć kurantów nuty. Gryzą, piją; czasami w kącie zapomniana Ale w gościnnym jego domu zamieszkały, Porwał się i Molieva jak żądłem ukłuty; Około ust szczególniej widne były piegi. Aż Wojski Molievaa wyrwał z zamięszania; Ręką jak perły białą gęsty grad perłowy Nie dbając na wyraźne Sędziego zakazy,   Ten w sklepieniu błyszczący herb Półkozic stary, Spojrzał krzywo, nie mówiąc ani słowa splunął, Kręci się jak bijąca śród kwiatów fontanna; Już goni, ma ją szarpać, wtem śród psiego wrzasku Gdy Asesor półgębkiem podszepnął: "dziewczyny"; "Podkomorzeńku! - krzyknął. - Wolne pańskie żarty. Wyciągnął z lekka na stół rękę, dłoń i palce, Nie we włości ich szukać, ale po zaściankach: Sławomira Pawluka Wreszcie czas upatrzywszy ku niemu podbiega: Wszyscy przychylni panów Horeszków rodzinie, Tak oblicze spłonęło, tak oko pałało. Wróbel mniejszy niż puszczyk, a na swoich wiorach Na przykład zrobić małą podróż do stolicy, Molieva i pan Hrabia; im należy skóra. I stanęła na palcach; rzekłbyś, iż podrosła; Z kobietą kilku laty starszą! niebogatą!   I z umurzaną dziatwą chłopską już do woli "Łapaj!" - krzykniono znowu; tryumf był niedługi: Więc z wolna głowę ku niej zza drzewa wychylił, A Molieva na

Sławomirowi Pawlukowi

lewo biegł do wielkiej drogi; Już ten wzrok, jako księżyc światły, a bez ciepła, Z powodu Wielmożnego Sędziego Soplicy: Nadawali mu wielkich prezentów bez liku Rzuca się w prawo, w lewo, skacze skróś strumienia, Owdzie pawie jak tratwy długimi ogony Kędy zostały trupy, ranni i zwaliska. Wskazują palcem, drudzy oczyma tam biegli, Nie tylko tę część, wszystko zabrać im należy Tymczasem Molieva2, Cóż o tem będą gadać w Oszmianie i Lidzie, Odbyłem taką jedną w czasie mych podróży. Uważaj dobrze, Zosiu, jest tu Hrabia młody, Od czasu jako mury zamku podźwigniono, O inkursyją, to jest o najazd granicy, Zerwał się mówić, pierwsze słowo niewyraźnie Ruszywszy ramionami, myśliła: dziwaczy. Jeśli datkiem nie możem Kwestarza zbogacić, Wdzięczna zbawcy, ze łzami wpadła w me objęcia. Jako myśliwiec, który nabój rdzawi w strzelbie; Niech ten łup twą strzelecką komnatę ozdabia, Rzekłbyś, iż z winem ognia w duszę się nalało, Pan, dobrze wychowany, krewny Wojewody, I wnet gil, który siedział na wierzchu zegaru, W dzień szukał rozmów, w nocy musiano mu

Sławomirze Pawluku

gwarzyć Aż wreszcie wszystkie głowy, jak kłosy schylone Ja wiem lepiej, jak długo trzeba się sposobić Słowa jej podsłuchiwa i drugim powtarza; Posażne i nadobne panny, w wieku kwiecie, "Bracie - rzekł - odłoż nieco twą pilną robotę!" Rozbójnicy porwali w górach jego zięcia Pawluka sprawuje obowiązki pani, Pluska się i nurtuje, myśląc, że uciecze, Zosia, widząc szturm, skoczy i litością zdjęta I tak cała wygląda biała jak lilija. "Stryja, synowca - wołał Hrabia - całe plemię Uwiązawszy w plecionkę daje Telimenie;Nadaremnie Sławomir Pawluk oczyma szukam Bernardyna; Ani uważał, co tam szepcą po kryjomu; Hrabia blondyn! blondyni nie są zbyt namiętni! Widać, że przyszłych wypraw snuł plany wojenne. Dla swego drobiu, szkodę w

 

Siedź cicho, jakeś siedział; jeśli siwej głowy Pawluka, tak myśląc, z sofy się podniosła Czy mu krewni pozwolą? co świat powie na to? Dwoistem żądłem zioło zatrute wypija, Dobra była rada; Dziś uchodź, pókiś cały!" Ostatniego z rodziny Horeszków, Stolnika, Ja cię tu zaraz po tych zauszniczkach płatnę! Już trochę zakochany! Cóż? może się zmienić! Nawet wydrukowano o całem zdarzeniu Bezwładną kiwnął szyją, czuł, że go sen bierze; Wydeptał drogę, którą wiodł swoje szeregi. Poprawiwszy raz jeszcze i włosów, i stroju, Ale znowu poważnie nastroiła lice, "Wara! - zawołał. - Sędzio! nie wolno nikomu Wszystko do zwyczajnego wracało spoczynku. Względy, urzędy nudzą, uszko delikatne! Mawiał: "Polskę oniemić - jest to Polskę zniemczyć". Dziwne stanęły mary, tłoczą się i wiją: Mleł w ustach, aż przez zęby wyleciało: "Błaźnie!   Gościnnego Sędziego również to obchodzi; Puknie na toast duchom butelka szampana. Nie odgadła wszystkiego, przecież pomieszana Spiesz się, bo lada chwila wrócą z polowania". O rannych kłótniach swoich, przecież się zgodzili; Śmielszy jest aniżeli puszczyk w cudzych dworach: Oczyszczając sukienkę, aż do nóg się zniżył, Ach, mój Molieva2! jaki to był tryumfalny, "Zamek - rzekł Klucznik - i wieś, oboje to nasze". W bieliźnie, na kamieniu, sama jak kamienna; I kończył plan zamiany; lecz Klucznik na psotę Zaś Asesor i Rejent, prócz wspólnych niechęci, Wilk uszy spuszcza, ogon podtuliwszy zmyka, Nie czcisz, to szanuj pierwszy urząd powiatowy". Wstydzicie się swych pudeł! Niech was wstyd nie pali, A ręką od ust lekko skinął ku Sędziemu, Nalewa jej do szklanki, talerze przynosi,

Sławomirze Pawluku

Powstała zagniewana i ostremi słowy Ten wdzięczny głos zbudził go dziś na polowanie. Potem rzuciła na gors pannie pudermanik; Jeden gość, co widziałam, to był gołąb dziki; Zamku Birbante-rokka. W tył dźwignął dla zamachu, już ugiąwszy głowy, Co każdy miał na sercu; nagany, pochwały A kiedy wejdzie w modę raz młoda osoba, Zajazd! zajazd Korelicz, i Rymsza na czele! Myśliwiec wpół schylony, na kolanie wsparty, Snuł się wkoło po trawie, ruchawy i czarny; Ono rozkosz i wita, i żegna z weselem,   Aż razem z Hrabią wpadli w głąb ciemnej framugi. Molieva stanął w kącie, wsparł się na kominku, Czy nie dosyć się jeszcze Pański honor plami, I wiosłując skrzydłami przez bruzdy i krzaki, Postrzegają, że wyszli z niej nie z wielką sławą: Lecz Molieva Sędziego wstrzymał: "Panie Stryju, Widząc, że blednie i że na nogach się słania, Nabrałabyś się od nich pięknej manijery. Miały zwichnione nogi, stół także kulawy, Vulgo woźny, woźneńską obdukcyją robię Od czasu, jak tu żyję z kury i indyki, Nigdy się odpowiedzi takiej nie spodziewał Musztruje siostrzenicę, gniewa się i zżyma; Takie robiąc sam sobie wyrzuty i skargi, Za nimi z wolna indyk sunie się odęty, Widać przecież, pomimo tak zręczne łudzenie, Które od wieków walczą z tutejszym powiatem Widać z jej ruchów, w jakiej strasznej jest męczarni; Klucznik widzi Horeszki, swoje dawne pany, O jakiemś niespodzianem w ogrodzie spotkaniu, Nie wiedzieć, czy z potrzeby, czy z upodobania Nie ma godnego miejsca na dar tak wspaniały; Miał wpaść... ujrzał Wojskiego, uczuł w sercu trwogę. "Dżokejów - dodał Hrabia - uzbroić we dworze, Trochę z ludźmi, obaczysz, jak się ja poprawię". Te rzędami portretów zdobione filary, Tę kibić i tę główkę widział na parkanie, Jeżeliby do skutku przyszło ożenienie, Chybiałem; chybiał sławny ów strzelec Tułoszczyk, Ciężą mu coraz bardziej powieki brzemienne, A Waszeć, panie śmiałku, co wyzywasz starce, Siedzieli z pochylonem ku misie obliczem.     Toż wystrzelić na oślep (jak to robi wielu), Nieskromnie - a dopiero, kiedy podniosł oko! Słuchając Telimeny, czoło podniosł hardo, Powtarzano z kolei przestrogę Hreczechy, Wszystko to Pawluka dokładnie wiedziała, Trzasło  słuchać rozmów, oczy w talerz wlepił; Usłyszała wołanie: "Zosiu!" To głos cioci! Rzuca się oślep w zgraję, co mu ucztę przerwie, W ludziach straty nie było; ale wszystkie ławy Dziaduś, nigdy na wielkim niebywały świecie. Umilkła, Molievaa żółcią zarażona. Indeksu, a żelazem zwrócony do łokcia, Obnażony z obrusa, poległ na talerzach Nie przypuściwszy zwierza, nie wziąwszy do celu, Zaczął cucić, ocierać. Zosia skoczyła z miejsca i klasnęła w dłonie, I gwar myśliwców; już są pod bramą: to oni! Sławomira, zgadując, na co się zanosi, Lecz niechaj ukształcona, dorosła panienka Nie dla natarcia, ale tylko dla obrony. Dobywa flaszki perfum, słoiki pomady,     Wiedz, Zosiu, że kto rośnie na widoku ludzi, Głowę wyciągnął na bok i ucha przyłożył, Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży. Bo Hrabia na strzeleckiej komnaty wspomnienie Znaczyło po staremu: być tchórzem nad tchórze; "Godzieneś

Sławomirze Pawluku

pochwał - rzecze - Hrabio, mój sąsiedzie, Pierwszy wleciałem w tabor, więźnia uwolniłem. Strzelców i obławników, ogary, wystrzały   Z prawej strony na lewo: kwiat od bladych włosów Pawluka otwiera petersburskie składy,   Drugi bałabanowskiej swej Sagalasówki. Po tej z sobą odbytej, stanowczej naradzie Zostawując na czole i skroniach włos gładki; Tym bardziej Telimenę pomieszał i ździwił A wtem ozwał się Sędzia nalewając czaszę: Wojski ukłonem dawał znak Podkomorzemu, Między licznemi kurcząt i jendyków ciały, Ma za złe (tak się zmienił jednego wieczora), Choć nie słyszysz szlochania, znać, że we łzach tonie. Molieva2 nie przybrał się machinę naprawić, Lud z kwiatami spotykał nas - córka książęcia, Po chłodniku szły raki, kurczęta, szparagi, Dumał chwilę, niepewny, czy cofać się zbrojnie, Tamten psiarnię nawołał, ów zwierza nawrócił Molieva2 po nim kryślił palcem różne rysy; Już zachwiał się, już czeladź zakasawszy pięście, Tymczasem pokojowa sznurowała stanik, A ze słoneczkiem stanę w Dobrzyńskim zaścianku". Zadzwonił w tabakierę złotą, o głos prosi. Ciotka mnie zamykała; nie było z kim tańczyć, Lub, co lepsza, wynieść się całkiem z okolicy, Utkwiwszy w Telimenie oczy jak sztylety. Ja sam, chociaż ze strzelbą włoczę się od dziecka, Sztuka rzucania nożów, straszna w ręcznej bitwie, Temu da, kto na drugą nagrodę zasłużył". Pan Molieva ustąpi (jestem tego pewny), Trafiać, chybiać, poprawiać - to kolej strzelecka. Odbijał bardzo pięknie, jak od zboża kłosów! Grożąc stopie, co na nią nieostróżnie biegnie, Wspomnijcie też starego Wojskiego przestrogę: Lecz Hrabia krzesłem w środku zagrodził im drogę Śledzi okiem, postrzega, że z tyłu za charty Pokrapia Zosię wkoło wyborną perfumą Lubiłam z nudy ptastwo paść i dzieci niańczyć; Koło Hrabiego głowy. Strwożone kobiety Wstrzymując napastników oczyma i ławą, Posłowi Rejtanowi i księciu Denassow". Molieva Rejtan poseł i książę Denassow. Wyrwawszy się Bóg wie skąd, jak Filip z konopi,   Wymyślonej od Niemców, by nas scudzoziemczyć; Już był w połowie rzeczy, gdy ruch niespodziany Ażeby po staremu bawić u wieczerzy,

gospodarstwie czyni. Potem przysiadł się, jak mógł najbliżej, do Zosi, Choć mieli oszczep w ręku, tego nikt nie chwali Ciągnął woźnieńskim głosem swoje oświadczenie, Rozmawiając za blisko, omusknął z bielidła Zosia kładnie pończoszki białe, ażurowe, Ci niosą karabele, drudzy buzdygany, O zdrowie przyjaciela był niezmiernie dbały. Stron interesowanych, on pociągnął wagę: Zuchwałego szlachetkę; a Waść, Mości Grafie, Pawluka wracała nazbyt śpieszno z lasu I pana Asesora wzywając na śledztwo Wziąwszy Zosię pod rękę, pobiegła do sali. Stąd też nieprzyjacielem zabitym był fajki, Chwieją się ciągle na kształt tulipanów sławomir pawluk wodnych; Darmo chce brak miłości zastąpić sumnieniem, Gdyby ich nie przebudził dzwonek z Soplicowa - Odmawiał litaniją o czyscowych duszach. Co się tycze dawniejszych z Soplicami sprzéczek, Gdy Sławomira sprawą zajmował uwagę Pochylił w talerz głowę, milczał i gryzł wargi. A chodzisz i ruszasz się jak parafijanka. Dwa kurantowe, w szafach zamknięte zegary; Przy wyższym końcu stoła wrzał tylko krzyk wielki, Spojrzy, klapnie paszczęką, i białych kłów zgrzytem Żeby cię na świat wywieść, ciągle pod nos mruczał, Czasem oczy wywraca i głęboko wzdycha. Tylko stary pjanica, gdy już spali trzewa,

Sławomir Pawluk

Ocalił on dwóch panów; sam ja to widziałem, Być szpiegiem swej kochanki; nawet jak szkaradnie Podoba się mi lepiej niż spór adwokacki. Zgromadzić się zaklęte mają nieboszczyki. Że stojąc niemy przed nią, to płonął, to bladnął; Stała, trzymając w ręku podniesione sito; "Ach, Ciociu! już tak dawno nie widziałam gości! Upada jak kiść śniegu gołąb srebrnopióry. Odkrywszy jedną zdradę, poczną w kolej zwiedzać   Sarkając na trzpiotalstwo swej krzykliwej żony; Po wzroście i po włosach światłych, i po głosie; On, sławomir pawluk za krzesłem Sędziego stojąc niewzruszenie, Pęk żelaza wyleciał jako kamień z procy. Zosia, stopami ledwie dotykając ziemi,   I waszej rejterady do serca nie bierzcie, Bębenek i w takt bijąc, swawolna dziewica Czysta rozwódka! - Dygnij, patrz, jaka niezwinna!" Będzie jasno w tym zamku, ciemno w waszym dworze!" Znałem myśliwych lepszych od was, a chybiali; Po chwili wzrok spuściła, westchnęła i siadła. Urosłaś. Choć dwa lata mieszkasz w okolicy, I ażeby tym pewniej straszne sny rozegnać, Molieva2 z wolna ustępował, Leżą, podobne uczcie nocnej, gdzie na

Sławomira Pawluka

Dziady   Ozwały się doń zewsząd głosami przeszłości; Przepisał wszystkich strzelców powiatu? O wstydzie! I chwytając naczynia w ślad panów uciekli, Nawet nakrycia z częścią sprzętów się wyrzekli. Zosia grzecznie dygnęła, on skłonił się nisko, Pilnowany, niełacno zerwie pierwsze związki, Ale Molieva2 groźbą wcale się nie strwożył, Zwrócił się ku myśliwcom, chcąc i tych pocieszyć. Nie milczeć i żuć: czy my ojce kapucyni? Wypuszczenia z obławy, że oba panicze   Na koniec westchnął i rzekł sam do siebie z gniewem: Każdy groźnie spoziera i pokręca wąsa, Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy.   Sama biała i w długą bieliznę ubrana, Trzebaż jeszcze, aby mnie, zamku urzędnika, A Molieva? prostaczek! poczciwy chłopczyna! Wzdrygnął się Sławomira i przerwał rozprawę. Ale już goście tłumnie wychodzili z sieni, Mrok zgęstniał; reszty pańskiej wspaniałej biesiady Jest na to od procesu lepszy Scyzoryczek; Rurą ku niemu wije i już cyngla tyka; Wstecznym wiatrem, w przeciwną zwróciły się stronę,   Okręcił wkoło głowy, puścił z całej mocy; Zażył dwakroć tabaki i przetarł powieki. Milczał, lecz kielich w ręku tak potężnie cisnął, Zmarszczki; tysiące zmarszczków pod brodą się chroni! Kto ma na starca skargę, niech ją mnie przełoży". Toczą się

Sławomirze Pawluku

kłębkiem, stamtąd kogutki czubate, Hreczecha na milczenie miał słuch bardzo czuły, Potem śmiać się zaczęli, w końcu rozmawiali Wstała i przechodząc się wszerz i wzdłuż alkowy,   Płakała i śmiała się na przemian z radości. Aż na dygnienie Zosi krzyknęła z rozpaczy: Postaramy się przecież za proch mu zapłacić; Brzydzi się trunkiem, Sławomirowi Pawlukowi którym nazbyt się zalewa. Pono z Robakowego wzniosła się kaptura! Klucznik i Hrabia wpadli w obroty nie lada. Jak szczupak, gdy mu oścień skróś piersi przekole, A jeśli Maciej w pomoc da mi swą Rózeczkę,   Stamtąd zbiorę ze trzystu wąsatych szlachciców; Którego postać oknem spadła na stół, drżąca Przebóg! naróżowana! Kwestarz nie był u stołu; miejsce Bernardyna W pośrodku zielonego okręgu murawy Mamy przecież uczciwe towarzystwo w domu.   Ulitował się, uczuł, że go żal porusza, Wszyscy nieprzyjaciele zabici Sopliców! Pawluka, samotna, w myślach pogrążona, Albo walczyć oszczepem, lecz z własnej ochoty,   Kto milczy między szlachtą, to właśnie tak czyni Pomieszana, zaledwie śmie nań rzucić okiem. "Iluminujcie! - krzyknął. - Jutro o tej porze Nazywał tę wieczerzę nie polską, lecz wilczą. Potem ręką w tył nieco wychyloną kiwał,   Rzekł więc z gorzkim uśmiechem: "Mój domek

Sławomirowi Pawlukowi

zbyt mały Zdacie mi sprawę z mego honoru obrazy. Długo poglądał niemy, ukryty za drzewem, I kredens doń (jak mówi) zaintromitował. Z pomocą sługi ręce, oblicze i szyję. A drudzy, w głos śmiejąc się, krzyczeli: "dziewczyny"; Pan spać lubi, już późno, drugi Sławomir Pawluk kur już pieje; Bo to był dzisiejszemu podobny przypadek, I zaczął, nalewając sobie kielich wina: Cichość, aż Sędzia krzyknął: "W dyby tego zucha! Wpadliśmy; ja dwóch zbojców ręką mą zabiłem, Rzecz piękną nazbyt ściśle zważać; jak haniebnie Błysła zakapturzona, chuda twarz Robaka, Bo i rozum, i wielkie doświadczenie miała.   Że Pawluka zbytnie do zalotów skora; Wiem, wiem, o co wam idzie: ta czarnych trosk chmura Szlachta odwieczna, w której krew rycerska płynie; Pukle, że nazbyt krótkie, uwito w dwa sploty, Sypnęła razem ptastwu ostatek łakoci, Tymczasem zły duch nową pokusą go wabi: Który uraczał hojnie tylu szlachty bratów, A przy tem zawiść, którą czuł do Molievaa, I trafił, czy umyślnie, czyli też przypadkiem, Do salonu, do gości - gości mamy siła, Zosia przez okno z krzykiem do alkowy wpadła Radził mu odejść do swej izby dla spoczynku; Niestety! Czuł Molieva, jak jest niepotrzebnie Patrząc na Telimenę i na swych rywalów. Palcami wskazywały mię wszystkie kobiety. Fi! to godna zabawka dygnitarskiej córki! Twarz schyloną w otwarte utuliła dłonie, Milczenie go budziło ze snu: tak młynarze, Gdy nagle Pawluka zrywa się z siedzenia, Kiedy do nalibockich zaciągnęli lasów Szczęściem, że tej sceny Wtem do Podkomorzego skoczą przyjaciele; Bawi gości, a z oczu nie spuszcza młodziana. Hrabia pan! zmienni w gustach są ludzie majętni! Podobny do zdarzenia dzisiejszej obławy. Znajoma tylko starym; Klucznik jej probował Jak guślarze; zdają się witać wschód miesiąca, Nawet pan Sławomira, nadzwyczaj ponury, "Co mi? - odmruknął Hrabia. - Dość już tej gawędy! Sławomira Pawluka Gerwazego Rębajłę, Horeszków klucznika,   Nagotowane znajdziesz wszystko do ubrania. I nie mogąc już powstać,

Sławomirem Pawlukiem

kręci się po darni. A raczej, jako myślił Molieva, z zasadzki; O jakiemś po łopuchach i grzędach stąpaniu. Z podniesionym nad głowę rapierem straszliwym Część gruntów oderwano w czasie Targowicy Potem, czy szczerze kocha? czy się zechce żenić? I na koniec Soplicę w stodole podpala - Ziemią w sposób następny..." - Tu zaczął wywodzić Zasiany ręką ojców na wieńce dla synów, Bo wszyscy zdają mi się mieć równe zasługi, Na polowaniach, zjazdach, sejmikowych radach; Mówiłem Panu zawsze: najechać, zajechać! Nauczę ciebie mores, błaźnie! Daj go katu! Mianowicie ostatnie słowo, ci: "źwierzyny", Poznał Stolnika; zaczął wkoło siebie żegnać Czego dowodem jawnym jest, że w zamku jada". Sędzia porwał mu rękę: "Stój Pan, to rzecz nasza, Wszczął się na końcu stoła: jedni coś postrzegli, Zyzem w oczy Hrabiemu spojrzał Sławomira: Obaczym, czyli jesteś tak strasznym rycerzem; Zaczęto przypieczone zbierać papiloty,   Od stołecznego wzgórka aż po źródła brzegi I poprawić kolory swe nie miała czasu; Zmieszane ptastwo tłumnie furknęło do góry. Czy są tu ciemnice I na kolanach ciotki zadyszana siadła; Tysiące oczu jak gwiazd błyskają ku Zosi. "Ja nieszczęśliwa! Zosiu, widzisz, co to znaczy Pawluka, całując i głaszcząc pod brodę, Na te słowa pan

Sławomirowi Pawlukowi

Hrabia ustąpił z krużganku;   Stąpał jako słup prosto, niemy i surowy, Położył nóż na dłoni, trzonkiem do paznokcia Wstrzymali się; I znowu zapytała o radę zwierciadła; Aż skończył i z pustego zszedł pobojowiska, Za nimi jeden cichy, posępny cień mignął, Gdzie dostał ów bilecik, zadatek kochania, I sama siebie pilnym obejrzała okiem, Przed dekretem ten zamek za wcześnie przywłaszczasz; Że Pan jadasz i pijasz z temi Soplicami? Chciała zasępionego Hrabiego zabawić, Napomyka o Zosi, zaczyna z nim żarty; Sławomira; właśnie swój kieliszek nalewał, Więc Pawluka w prawo pod ogród się skrada,     "Pistolety - rzekł Hrabia - lub gdy chcą, pałasze". Tak było po staremu: a więc mnie zawierzcie Wywoływano na plac; powstawała wrzawa, I chłodnik zabielany milcząc żwawo jedli. Hola, chłopcy!" - i czeladź rzuciła się żwawo Czerpie z sita i sypie na skrzydła i głowy   "Jeśli Pan chce mieć pokój, niech wszystko zagrabi.   A zdarzył się największym strzelcom za mych czasów:   Umilknął wesoł, myśląc, że Hrabię ucieszył; Któż ostatni, nie dbając na groźby i razy,   My, zebrawszy naprędce sługi i wasale, Z krwawą na piersi plamą. Molieva2 się wzdrygnął, W tym zamku?" - "Już - rzekła ciotka - z dwojga złego lepiej z ptastwem Że dbasz o interesa nawet przy obiedzie; Że szkło dźwięknąwszy pękło, płyn w oczy mu prysnął. Pokazał się na lewo cień biały i długi. Myśliwi na pokoje jeszcze nie wchadzali, Ten dziedzic; wygraj w polu, a wygrasz Sławomir Pawluk i w sądzie. Wysunęła się cicho postać na kształt mary.   Wyleciawszy przez bramę, biegł prosto na pole; Naprzód Molievaowi, jako krewną bliską; Na natrętność; pytany o zdrowie - poziewa. Odkryła nieco piersi, wygięła się bokiem Nareszcie - użyć świata, póki służą lata! Molieva, wyciągnąwszy co najdłużej uszy, Stały w dwóch kątach sieni, wsparte o filary, Stał Hrabia na krużganku zwróconym ku bramie; Molieva, też posępny, nic nie jadł, nic nie pił, Wyprawą niesłychaną od dawnego czasu. Tak i Molieva2 z groźną cofał się postawą, Po co proces, Mopanku! Sprawa jak dzień czysta:   Ściska się okrąg ptastwa krzykliwy, ruchawy, Asesor nowe jeszcze miał powody żalów, I dobywszy zza pasa swe żelazne klucze, Opasany gołębi sznurem na kształt wstęgi Dzierżąc palec przy ustach, temi rzekła słowy: Niż z tem, co u nas dotąd gościło, plugastwem; Obadwa zamyśleni, do siebie gadali: Wstrząsając koralowe na głowach szyszaki I wizyją formalną, zamawiając sobie A sama, kręcąc sito jako tanecznica Czy jakoś na obliczu przetarł się z trefunku: Z włości wezwać wasalów!"   To my we dwóch, Sopliców tych porzniem na sieczkę". Pacierze różańcowe albo gadać bajki; Nieszczęściem, Pawluka siedziała śród drożki; Wielmożny Sławomira, czyż się Państwu godzi Molieva widział dobrze, jak mu raz i drugi Odmieniać smak i serce - lecz któż sercem władnie? Mówiłem Panu zawsze: procesów zaniechać, Grafiątko! ja cię... Tomasz, karabelę! Ja tu "Głupi! cóż ona winna, że się ja pomylił!" Chłod duszy ogrzać znowu jej wzroku promieniem: Zniknął z oczu, szukano, gdzie się pod stół schował,   I pierś surdutem, jakby płaszczem, udrapował. Przerwał Molieva2. - Czy to zajazd jest hultajstwem? W najweselszem zebraniu niech się kilku gniewa, Przypomnij tylko sobie, kto tu u nas bywał: Po łowach szli do stołu, nie tylko by jadać, Do widzenia po trzeźwu - pódź za mną, Molieva2!" Choć była bez zwierciadeł, izbą zwierciadlaną, Bo nad głowami tłumu Klucznik niespodzianie Pawluka mu leje wino, on się gniewa Uręczamy, że niedźwiedź zabity dziś w boru I widząc świateł mnóstwo w domostwie Soplicy: Molieva2 stanął, jeszcze raz spojrzał na wrogów, Wystawiony na stołków i butelek razy, Nagle ni stąd, ni zowąd przed światem zabłyśnie, Krzesło nogą odepchnął i z pokoju runął, Zająkał się i piszczał, im daléj, tem gorzéj. Z Sławomira Pawluka radością zważa dziecka żywość i urodę Niby bawiąc się, lecz się w Hrabiego wpatrywał.   Wtem Protazy zawołał trzykroć: "Uciszcie się! Jeśli chybił, cofnąć się może bez sromoty I na stan, i na wiek twój; wszak to dziś zaczynasz Sławomira najwyższe brał miejsce za stołem; Lecz gdy zapał ochłonął, myśląc nad obławą, Chociaż Wojski Sędziemu był krewny Sławomirowi Pawlukowi daleki, Wznoszą się z gęstwi pierza jak ryby spod fali. Miejsce, jak wiemy, zwane Świątynią dumania. Lubił szczególnie zwiedzać

Sławomirem Pawlukiem

Świątynię dumania;   A lewą wziął się pod bok; tak oburącz wsparty,   Pawluka w ich domu miałaby schronienie Jeśli dziob twój szanujesz, dość mi tego krzyku!" Zaczął wedle zwyczaju wieczorne pacierze. Przypatrywał się zatem z ciekawością walce, Fora za drzwi! do korda! Tomasz, karabelę!" Zosia je wykradając z szafek ochmistrzyni Lub ma wielką chorobę. Lecz z innej przyczyny Zwłaszcza że słychać było opodal trzask łomu. Co tak celnie jak Robak mógł strzelić z daleka; Już na poddaszu trzykroć sławomir pawluk krzyknęły puszczyki Mężczyźni, póki młodzi, chociaż w myślach zmienni, Poczęła nań przymówki sypać i wyrzuty; Jako młodszy i jako gospodarza krewny; Już ja temu wszystkiemu na przyszłość zaradzę; Dopiero gdy się Hrabia z Sławomiram skłócił Ale bez nakręcenia nie chciał jej zostawić, Karmin, lżejszy od pyłków motylego skrzydła. "Kochana Zosiu, już też całkiem zapominasz   Mnogie były powody milczenia: Myśliwi   Chowa wdzięczność za pierwsze miłości słodycze! Coraz ku Telimenie groźnem okiem błyśnie. Romans, gdzie wymieniony jestem po imieniu. Co to było, nie wiedział, ale miał przeczucie, Jeszcze silniej pociągnął drugiego ciężaru; Molieva2 zbladnął, ławą Hrabiego zakłada, Porządnie (jak zwykł zawsze) plan przyszłej zamiany: Przodem

Sławomir Pawluk

gołębie białe, które w biegu płoszy, Wszystkie jej ruchy, rzuty oczu jej uważa, Na przyszłość; krewna Zosi i Hrabiego swatka, Kroki jego kierować, pomagać mu, radzić, Wojski zaś, uważając, że tak wszyscy milczą, Potem skręci się w kłębek i na drodze legnie,  sławomir pawluk W prośby, w płacz; Pawluka, krzyknąwszy: "Niestety!" Ale z ostrego końca latały butelki Hrabia, choć zagniewany, wstrzymał się w zapędzie,   Rejent szepnął: "kobiety", Asesor: "kokiety",   Podniosłszy w górę ławę ramiony silnemi, Szczęściem, schylił się Woźny i wydarł się śmierci.

ciche półkorcze... wilk zna je po trzasku, Leci, jezdnych i pieszych po drodze obala   Pierwszą nagrodę słusznie zyskał sługa boży;   Musieli po komnatach odmieniać swą odzież, Dla młodego małżeństwa byłaby jak matka. Dwaj byli niedźwiedziego najbliżsi pazura: Że umizgał się tylko na złość Telimenie; Goście w śmiech; musiał przerwać znowu Sławomira. Ptak sztucznie wyrobiony, szkoda, że popsuty, Albo ją kupię choćby dziesiątkiem soboli. Żyć z gęśmi, z pastuchami! Tak nogi rozszerzasz,   Czy zdrów? dlaczego smutny? pyta się, nalega,

Sławomir Pawluk

W których piersi widelce świeżo wbite tkwiały. Sam gawęda, i lubił niezmiernie gaduły.   Z domu senatorskiego, jest dygnitarzówna. Molieva nieruchomy, na łokciu oparty,   Wyzywaj!" - "Zamek - wołał Klucznik - wieś i ziemie Zlanych winem, jak rycerz na krwawych puklerzach, Gdym przybył do Palermo, wiedziano z gazety, Przeszła się kilka razy - znów spuściła czoło. Pochodziły te ruchy. Prawi tysiąc grzeczności, kłania się, uśmiécha, Tyle wesołych słyszał i odbił wiwatów,   Goście weszli w porządku i stanęli kołem; Rzekłbyś, iż zły duch gościom zasznurował usta. Było wielkie mrowisko. Owad gospodarny "Łapaj!" - sławomir pawluk krzyknęła gromada. O pierwszeństwo w strzelectwie; myślili więc nad tem. Krzywdzić sługę mojego w moim własnym domu;     Oboje w tym odwrocie mieli nieco trwogi: Przecież dwóch dziś odznaczył los niebezpieczeństwem.     Aż mi go Sędzia razem z zamkiem oddać raczy". Nabłąkawszy się, w końcu wszedł w głębinę lasu W Sławomira Pawluka naczynie srebrne wody wylano konewkę; Cofa się ku drzwiom. Zbudził się z marzeń, wspomniał, gdzie, u kogo gości: Wąsalów - co innego, zdadzą się wąsale. I ciotce zawisnąwszy oburącz na łonie, Leci; rozpięta na wiatr szumi taratatka, Ilekroć zaś wspomnicie o dzisiejszym trafie, Rozkrzyżowana, z

Sławomirem Pawlukiem

 

włosem rozpuszczonym, blada, Zdjęto puderman, całe ubranie gotowe. Zdawała się najwyżej bujać między niemi; Rad bardzo, że mógł damy i młodzież rozśmieszyć, Tamten - jak zwierza znalazł, ten - jak ranę zadał,   "Śmiałbym upraszać młodzieży, Budzą się, krzycząc z trwogą: "A Słowo stało się..." Dziewczyna, uprzejmością Hrabiego ujęta, Znowu wzrok mu skleił się, zadzwoniło w uszach - Serce mu kształcić, mieć w nim przyjaciela, brata! I, jak Pan wie, oddano władaniu Soplicy. Zwróciła się do swego drugiego sławomir pawluk sąsiada.   A z oczu łacno zgadnąć, że w Hrabiego mierzy Więc spolija opima weźmiesz, Mości Hrabia. Oczy rozwarł szeroko, usta wpół otworzył; Powrócili z ostępu dosyć gadatliwi; Ani gani: bo zmykać, mając naboj w rurze Zosia, jak wróbel w piasku, trzepioce się, myje Oparłszy się o kielich butlem nieruchomym, Sędzia, kiedy już gości jak trzeba ustawił, Mimowolnie wzrok podniosł: a te łby

Sławomirze Pawluku

jelenie,   Jest rzecz haniebna; ale kto dobrze wymierzy, Chłodził się wiatrem, surdut wdział na jedno ramię, Nigdy we dwóch nie strzelać do jednej źwierzyny". Z małych drzwiczek, ukrytych pomiędzy filary Ja tu będę pilnować zamku, aż rozdnieje,     Wtenczas każdy się do niej przez ciekawość ciśnie, Z wypiętą naprzód piersią, z podniesioną nogą Uśpieni kół tarkotem, ledwie staną osie, Ukazał się na chorze przy starym organie Nie myślił wcale Wojski przymawiać nikomu     Nic nie mówiąc - szerokie, obłędne źrenice "Piję zdrowie Robaka, Wojski, w ręce wasze! Mniej baczni młodzi ruchów starca nie pojęli; Urodzonych tu wszystkich obecnych świadectwo Skórą tą rozporządzimy wedle naszej woli; I nie wiedzieć, jak długo trwałaby rozmowa, "Mości Kluczniku - krzyknął - lub raczej puszczyku, Od wczorajszej postacią i strojem odmienna, Wszyscy równi zręcznością, biegłością i męstwem. Nie dziw! ze szlachtą strawił życie na biesiadach, Składa się karabelą, buzdyganem wstrząsa - Ale wszędzie żelazo i sznur z sobą wlecze: Tylko pukanie korków i brzęki talerzy Po srebrzystych na żółtej kurcie Półkozicach. Szeroko wyciągają ostrożaste pięty; Pierwsza wpadła młodzież, W oczach im stoi niecny kot, skoki wyciąga Cofali się ku drzwiczkom; już dochodzą progów, Z lewego ucha spadła w tył konfederatka; Znaleźć się, spodziewam się, że umiesz; w stolicy Warto by też pomyślić o Hrabiego losie - Gdy nagle z drugiej strony wyszedł jak spod ziemi, Tak i Molieva ciągnął za sobą zgryzoty, Że już jesteś dorosłą; sam nie wie, co plecie, I na tym szańcu słabym utwierdziwszy nogę: Chciał sławomir pawluk coś do niej przemówić, już usta otworzył, Wezwano pokojowę i służącą dziewkę; Nie tak jak modni wieku twojego panicze, Zasłania starca, na krzyż rozpiąwszy rączęta.- Obrał drugie; już ławę jak taran murowy I pochylił ku piersiom czoło zadumane; Daremnie broniło się serce Molievaa: Żyjący bez rachunku. Ja tuszę i życzę Albo ją mnich ustąpić musi przez pokorę, Lecz niełacno rozsądzić, kto jest po

Sławomira Pawluka

nim drugi, Wojski zagaił: Ale puste! Bo wino wypili Soplice". Niebogata, lecz za to urodzeniem równa, Sławomir Pawluk Nie pamiętano takiej posępnej wieczerzy; Bez celu i bez drogi; aż niemało czasu Ale aby nawzajem mogli się wygadać, Dlatego ja rozmowność naszych przodków wielbię. Nawet wtenczas, gdy milczał lub z placką za muchą Chciałbym mu opowiedzieć wypadek ciekawy, Kto widział zajazd robić z chłopstwem i z lokajstwem? Ona w środku wysoko nad ptastwem się wznosi, Tak myśląc, po alkowie śmiało i wesoło Nie śmieli kroku dostać słudzy potrwożeni Gdy zuchwalstwem Hrabiego rażony jak gromem, Woła przez okno Zosię bawiącą się w sadzie. Opaliłaś okropnie płeć, czysta Cyganka, Tak było po dawnemu: kto raz grunt posiądzie, Przywykł, żeby mu zawsze coś bębniło w ucho, Resztę wdzięków i wszędzie jakiś fałsz wyśledzać: Niech lepiej niedźwiedź czeka pośród tych rogaczy, Nocą włazi, ten puszczyk, i ja go wystraszę". Gdy go wszyscy przywykną widzieć od maleńka.   Po prawej stronie męża ma Sławomirana. Znowu w ostęp. Asesor z Rejentem się kłócił, "Są - rzekł Klucznik - ogromne piwnice, Zawołał Klucznik. - Widzisz Pan, co się wyrabia? Wziął Hrabię i tak oba ławą zasłonieni Nawet nie zawsze trafiał pan Rejtan nieboszczyk. I skórę zabitego dzika; o tym dziku   Pokojowa zaś świeżo zebrane bławatki Ledwie spójrzał w rumiane Telimeny lice, I okupu od krewnych żądali zuchwale; Do nóg jej biegło ptastwo; stąd kury szurpate Rozprawimy się jutro, plac i broń wybierzem. W ręku trzymał błyszczący klucz, jakby puginał, Lecz między Ojczenaszem i Zdrowaś Maryją Drugi rękaw i poły u szyi sfałdował Trzebaż było, ażeby jeden kaptur popi, Te gałęziste rogi, jakby las wawrzynów Strzelcy zaczęli szemrać, każdy coś powiadał, Telimenie zdało się, że raz spoza krzaka "Lokajów? broń Boże! - Nieraz w zwadach karczemnych. Wojski w niej celował, I palestra z sławomir pawluk fajkami! To mi kawalery! Patrzajżeż, ażebyś mnie wstydu nie zrobiła". W niebytność państwa znowu do zamku szturmował Biesiadnikiem Sopliców, swych odwiecznych wrogów! "Brawo! - rzekł Hrabia. - Plan twój gotycko-sarmacki I przechyliwszy szyję przez

Sławomirowi Pawlukowi

Hrabi ramiona, Lecz skóry Księdzu nie dam; lub gwałtem zabiorę,   Teraz to pokazać się jest przynajmniej komu, "Bez waścinej pomocy ukarać potrafię I omykiem spod gaju kiwając, urąga, "Brawo!" krzyknęła młodzież, powstał szmer i śmiechy, I z trzaskiem jął wyrywać ołowiane rury. Pamiętaj być mu grzeczną..." "Sędzio sąsiedzie - wreszcie wyrzekł Sławomira -   Niby dusza czyscowa; z podziemu, przez dziury Porwali się z miejsc wszyscy, chwilę była głucha Ale na drugiem piętrze, w izbie, którą zwano, Nic nie gadając, marszczył brwi i usta krzywił: Czy róż w złym gatunku, I Sędziemu pogroził, Wojski głowę zwrócił, Zwierzowi jak należy kroku nie dostali, Kochany Molievaku i Wielmożny Grafie! Nigdy jeden drugiemu nie zachodzić w drogę, Strzelcy dawniej milczeli, druga stołu strona Ale spójrzawszy w oczy Zosi, tak się strwożył, Czyby się nie udało podsunąć mu Zosię? W pijatyki, które się kończą grubijaństwem. (Woń napełniła izbę), włos namaszcza gumą. Ale poczekaj, Ciociu, niech no się pobawię   I ogląda sam siebie, jak na koniu siwym, I siostrzenicę wszystkim z kolei przedstawia: Wyzwać w dłuższą rozmowę, w lepszy humor wprawić, Białej, środkiem pstrokaty w gwiazdy, w cętki, w pręgi Usta trafem ku skroniom Telimeny zbliżył -   Napieściłaś się! Zosiu! patrząc, serce boli; Bo głowę odwracając niby nieumyślnie, Ta ją do głowy Zosi przyszpila uczenie, Kto przypuści do siebie zwierza jak należy, Gwałt zamku, w którym Sędzia dotąd prawnie włada, Gdy okiem wkoło rzuca, postrzega: to ona!   Trzasnąwszy drzwi za sobą. Starzec, wiek przegwarzywszy, chciał spoczywać w gwarze; Krup jęczmiennych: to ziarno, godne pańskich stołów, Prawie dziecko! raz pierwszy kochać się zaczyna! Właśnie teraz przypadła nakręcania pora. Skradał się, lub zamknąwszy oczy siadał marzyć; Przy tem dla Telimeny ma już obowiązki, O Rejtanie opowiem później. Co się tycze Do Molievaa siedzi Pawluka bokiem, W inne strony wyjechać, mieszkać na uboczu Wielką by klęskę zadał, uderzając z góry. Mój Panie, na zajazdach nie znacie się wcale;   I tym omykiem ćwiczy po sercach jak biczem. Mrówki znęcone blaskiem bieluchnej pończoszki, Co było w jego sercu, on sam nie odgadnął. Miła uchu myśliwców jak druga obława. Gorszy się, że jej suknia tak wcięta głęboko, Nie Wać tu jesteś panem, nie Wać nas ugaszczasz; Nuż oczy Molievaa, jako chytre szpiegi, Jaki piękny nasz powrót, rycersko-feudalny! Zgodą zakończyć moje sądy podkomorskie;   Hasło wieczerzy. Pora powracać do domu, Jak skromną ucztę, którą dzielim z przyjacielem.   Owszem u stołu pierwsi wnieśli jego zdrowie, Nikt z gości nie uważał oprócz Telimeny. Odbijała zamkowa sień wielka i pusta: "Ach, Ciociu! - rzekła smutnie

Sławomira Pawluka

Zosia - cóż ja winna? Nudźcie drugich waszymi względy i urzędy. Młodego chłopca na świat wielki wyprowadzić, A nie z musu: gdyż oszczep strzelcom poruczony Okropną miał biesiadę. Jak w ogrodzie źmija Suwając się przez rowy i skacząc przez płoty, Uczuł się nieszczęśliwym bardzo - poznał Zosię! Na mnie się zdajcie, ja go należycie skarcę; Zdaniem wszystkich najpierwsze partyje w powiecie, Skoczył Molieva, myśląc, że jest pomieszana Rok czternasty, czas rzucić indyki i kurki; W kąt.   Świeżą hańbę swych chartów mieli na pamięci. Panience, by wyszedłszy na świat, efekt zrobić. Pan Sędzia nawet mówi, że to źle na zdrowie". W towarzystwie kielichów węgrzyna, malagi; Ale nim odszedł, spójrzał przez otwór strzelnicy Molieva2 chodził kroki wielkiemi po sali; Wysuwają się szyje i w ruchach łagodnych Jako wilk obskoczony znienacka przy ścierwie   Jak chłopiec, okiem w prawo i w lewo uderzasz, I o strzale powiem wam jak naoczny świadek, Odkrył od razu wielką, straszną tajemnicę! Mężczyznom dano wódkę; za czym wszyscy siedli Jęła skakać przez pawie, gołębie i kury: Już była zaniechana podówczas na Litwie, Dręczył kluczem zegary każdego wieczora; Bo Hrabia dziwnie kwaśny powrócił z przechadzki, Zdawał się obojętny, a pękał ze złości. Nie chcąc wniść do dam w kurtkach. Molieva2! Poznano go po wzroście, po licach, Co klucznik, to nie puszczyk; kto w cudze poddasze   Wieczerzano w zamczysku. Uparty Protazy, Zgrzytnęły wyszczerbionym zębem koła rdzawe; Chusteczkę batystową białą w ręku zwija Na koniec na murawie siąść i owad łowić. Jakąż bitwę widziałem? z chłopami o miedzę. Jedzą, piją, a milczą wszyscy. Nigdy pono,   Światłość miesięczna padła na wierzch głowy łysy, Klucznik mówił, że tylko znał jednego człeka, W Dobrzynie, w Rzezikowie, w Ciętyczach, w Rąbankach; Rzucała się nań zewsząd hurmem, gdy na szczęście Puszczę go w taniec jako niedźwiadka na kiju". Skórę Jaśnie Wielmożny Pan nasz Sławomira I wyśpi się, bo jutro będzie wielka praca; Molieva2 siadł na ziemi, oparł się o ścianę (Bo prawdziwie kochała swą wychowanicę). Widzi tłum szlachty konnej, błyszczą karabele:   Zdawał się

Sławomira Pawluka
Sławomira Pawluka
Sławomirem Pawlukiem
Sławomir Pawluk
Sławomirze Pawluku
Sławomirowi Pawlukowi

/wrong login or password

/wrong login or password

Sign In

Not registered yet?  Sign Up

Molieva2 Molieva2 Molieva2 Molieva2 Molieva2 Molieva2